Kilka pytań, na które najczęściej odpowiadam w wywiadach i na spotkaniach autorskich. Zebrane w jednym miejscu dla Waszej wygody:
Jak często wyjeżdżasz?
Średnio trzy do pięciu razy w roku, za każdym razem od dwóch tygodni do dwóch miesięcy. Nie liczę krótkich kilkudniowych wypadów do miast.
Czym robisz zdjęcia?
Pracuję na Nikonie, zdjęcia do nowej książki robiłem aparatem D700, z podpiętym znakomitym, choć ciężkim Nikkorem 24-70mm 2.8G ED. Biorę też zawsze ze sobą stałoogniskowy Nikkor 50mm 1.4G, którym można strzelać nawet przy świetle świecy. Często jednak zabieram ze sobą lżejszy aparat: D80 z obiektywem Nikkor DX 16-85mm, 3.5-5.6G ED albo 18-200mm 3.5-5.6G ED VRII. Ten pierwszy zestaw to idealny sprzęt podróżny – lekki, poręczny i jednocześnie bardzo uniwersalny, a do tego daje niesamowite efekty jak na swoją cenę. Dziś nie ma już wprawdzie D80, ale jego następca, D90 to aparat równie dobry, a w niektórych parametrach nawet lepszy.
Jaka była najbardziej niebezpieczna sytuacja, jakiej doświadczyłeś w podróży?
Było takich mnóstwo, ale trudno je uszeregować. Niebezpieczeństwo i ryzykowne sytuacje mają to do siebie, że gdy trwają, często nie dostrzega się zagrożenia, tylko robi to, co trzeba w danym momencie. Przeważnie nie ma czasu na deliberacje i wsłuchiwanie się w emocje. Dopiero później, już z dystansu, można ocenić, że być może mało brakowało.
Poza tym trudno ocenić, co jest bardziej niebezpieczne. Przykład, trzy sytuacje. W Nepalu jechałem autobusem, któremu ledwo trzymały hamulce, na dachu, po górskiej serpentynie, w dół. W Etiopii obudziły mnie strzały zza drzwi, w środku nocy, gdy w promieniu dwustu kilometrów nie było żadnego białego i istniała duża szansa, że chodzi o nas. W Malezji nadziałem się w dżungli na grzechotnika bananowego, który wisiał na wysokości mojej głowy.
I jak mam ocenić, co było bardziej niebezpieczne? Dopóki z takich sytuacji wychodzi się cało, trudno je w ogóle jakkolwiek oceniać.
Generalnie nie jestem zwolennikiem pakowania się w kłopoty tylko po to, żeby mieć co opowiadać po powrocie. Znam wielu backpackerów, którzy wręcz prowokują niebezpieczeństwa, żeby tylko przeżyć ciekawe przygody i mieć się potem czym chwalić. Może zabrzmię jak stara ciotka, ale uważam, że należy raczej unikać ryzyka, niż go szukać i trzymam się z dala od wszystkiego, co pachnie kłopotami. Jeśli w nie wpadam, to tylko niechcący. Bardzo Wam polecam takie podejście.
PS. Śmieszą mnie za to podróżnicy, którzy ze swoich „najbardziej niebezpiecznych i przerażających” momentów w trasie mają świetną dokumentację fotograficzną. Gdy robi się naprawdę gorąco, uwierzcie, że nie ma czasu na fotki. Jeśli ktoś ma takie zdjęcia, to prawda jest taka, że niebezpieczeństwo pojawiło się dopiero na etapie opowieści…
Co sądzisz o innych znanych polskich podróżnikach?
Znam osobiście Jacka Pałkiewicza i Wojciecha Cejrowskiego, obu bardzo szanuję. To są ludzie, od których wiele można się nauczyć, zawodowcy z olbrzymią wiedzą. Nie muszę się może koniecznie zgadzać z ich poglądami na różne sprawy, ale jeśli chodzi o podróże, darzę ich dużym uznaniem.
Z Beatą Pawlikowską mam jedynie wspólnych znajomych, a Martyny Wojciechowskiej nie miałem nigdy przyjemności spotkać, więc trudno mi o paniach cokolwiek powiedzieć, bo opinia wyrobiona na podstawie paru wywiadów i felietonów to opinia, której nie warto wygłaszać.
Natomiast w Polsce jest wielu podróżników, którzy robią niesamowite rzeczy, ale nie funkcjonują w mediach, w związku z czym ich nazwiska są w ogóle nie rozpoznawalne. A szkoda! Wśród nich są zarówno eksploratorzy, jak i bardzo mądrzy, odpowiedzialni backpackerzy, którzy naprawdę poznają (a nie oglądają!) świat. Artur Urbański, Andrzej Muszyński, Monika Witkowska, Tomek Larek i Gosia Wójcicka, Andrzej Budnik, Ania Błażejewska, David Kaszlikowski i Eliza Kubarska, Magda Biskup, Michał Rej, Anka i Krzysiek Kobusowie… Mogę tak długo. Jeśli gdziekolwiek traficie na te nazwiska, nadstawcie uszy, to są świetni ludzie, warto ich znać.
W Polsce jest kilkanaście tysięcy backpackerów, którzy robią dokładnie takie same rzeczy jak ja. To, że mam szczęście pisać książki i pojawiać się czasem w telewizji o niczym nie świadczy. Każdy z nich mógłby być na moim miejscu. Nie kierujcie się więc popularnością, ona nie ma znaczenia.
Jakie kraje poleciłbyś na pierwszy wyjazd z plecakiem?
Według mnie kraj dobry dla początkujących backpackerów musi spełniać trzy warunki: być egzotyczny, tani i bezpieczny. Wszystkie trzy spełniają na pewno: Malezja, Tajlandia i Maroko. W każdym z nich jest świetna „infrastruktura” backpackerska (tanie noclegi, autobusy, agencje trekkingowe etc.), a do tego to kraje popularne wśród ludzi z plecakami, więc do tego poznacie mnóstwo fajnych osób. Jeśli dopiero planujecie swój pierwszy wyjazd, polecam Waszej uwadze sekcję „Poradnik”. Wiele ułatwi.
Skąd brać pieniądze na podróże?
No tu nie będzie wielkiego zaskoczenia: oszczędzać. Generalnie wszystko zaczyna sie od decyzji, która warunkuje dalsze priorytety. Jeśli podejmiecie decyzję, że siódmego listopada wylatujecie bez względu na wszystko, reszta powoli zacznie się dopasowywać, w tym urlop, pieniądze i wiele innych czynników. Po prostu zaczniecie żyć bardziej oszczędnie albo złapiecie jakieś dodatkowe zajęcie, żeby uciułać trochę więcej. A może warto pojechać do Holandii zbierać tulipany przez dwa miesiące, a potem za te pieniądze wyjechać na pół roku?
Pamiętajcie, że nie musicie od razu lecieć do Japonii, Norwegii czy USA, gdzie zaciskając pasa wydaje się lekko dwieście złotych na dzień. Możecie polecieć do Indii albo Laosu, gdzie te kwoty są dużo, dużo niższe. Warto zrobić research budżetowy i dobrać kraj, który nie wydrenuje Waszego portfela.
Czy z podróżowania można się utrzymać?
Takie przypadki można policzyć na palcach. Zdecydowanie częściej jest to dość drogie hobby. Nie liczcie na to, że ze sprzedaży zdjęć, pisania tekstów do gazet i sprzedawania przywiezionych pamiątek zrobicie sposób na życie. Wielu już próbowało, prawie wszyscy do dziś mają te pamiątki w domu, a teksty w szufladzie.
Czy musisz się tak wywyższać nad innych, zwłaszcza nad innych backpackerów?
Niestety muszę, mam 197 cm wzrostu.
Czy uważasz, że backpackerzy są z jakiegoś powodu lepsi od turystów?
Nie, gdyż nie uważam, żeby określenie ”backpacker” było wartościujące. Tak samo, jak nie jest wartościujące określenie „górnik” albo „nauczyciel”. Backpacking to tylko określenie na pewien styl podróżowania – samodzielnie i z plecakiem. Nie jest sam z siebie lepszy ani gorszy od innych.
Natomiast to, co oceniam negatywnie, to ludzka głupota i brak wrażliwości na wiele kwestii społecznych i tych związanych ze środowiskiem naturalnym. Podróżując, chcąc nie chcąc mamy z nimi styczność, ale często nieświadomie – i to jest duże zagrożenie, jakie niesie ze sobą turystyka. Jeśli ktoś zwiedza świat, przy okazji niszcząc go ostentacyjnie, to nie widzę powodu, żeby go głaskać po głowie. I jest bez znaczenia, czy podróżuje jako backpacker z plecakiem, czy jako turysta z walizką na all-inclusive. W obu grupach są ludzie mądrzy i niemądrzy, więc każdy przypadek bym oceniał indywidualnie.
Gdzie mieści się „Wasza Wyspa” z „Samsary”?
Ponieważ w książce konsekwentnie nie podawałem jej nazwy, tutaj też tego nie zrobię… No co Wy…
Czy organizujesz wyjazdy, w których można wziąć udział?
Tak, zajrzyjcie do sekcji „Wyjedź z Tomkiem”.
Dlaczego nie uważasz się za podróżnika?
Bo nie mieszczę się w definicji tego słowa, którą sam uznaję. Dałem temu wyraz w tekście, który znajdziecie TUTAJ.
Czy wszystkie wydarzenia w „Samsarze” są naprawdę prawdziwe?
Tak, są prawdziwe, przecież nie napisałbym w książce takiego wprowadzenia, żeby potem opowiadać jakieś niestworzone historie. Rozumiem, że nie wszystkim łatwo uwierzyć w sprawy związane z azjatycką magią, ale przecież nigdzie nie twierdzę, że czarownice latają na miotłach. Chodzi o pewną duchowość i sprawy wymykające się rozumieniu, a nie o magiczne sztuczki.
Co do materiału dowodowego: mam z tych podróży tysiące zdjęć, dziesiątki godzin nagrań i setki stron dokumentacji, przez cały czas był ze mną przynajmniej jeden towarzysz, utrzymuję wciąż kontakt ze wszystkimi bohaterami „Samsary”, a wszystkie fakty potwierdzałem w niezależnych źródłach, nierzadko prosząc o ocenę najlepszych specjalistów, nie tylko polskich. Za ten materiał dostałem nagrodę na festiwalu odkrywców i podróżników Mediatravel, a po premierze „Samsary” nikt nie podważał zawartych w niej informacji, wręcz przeciwnie, wiele osób ze środowiska naukowego i podróżniczego chciało wiedzieć więcej.
Oczywiście ze wszystkim nadal można dyskutować, sam chętnie poznam inne punkty widzenia na azjatycką magię i czary, zwłaszcza jeśli będą poparte sprawdzonymi faktami. W tych sprawach nie można być ekspertem i ja też przecież nim nie jestem. Natomiast trudno mi brać serio powtarzające się czasem anonimowe „argumenty” internetowych frustratów, którzy twierdzą na przykład, że wodę z Gangesu można pić dzięki jakiejś magicznej roślince rosnącej pięć tysięcy kilometrów w górę rzeki i że jest to „naukowo udowodnione” od dawna. Podobno produkuje ona pewien antybiotyk, skutkiem czego rzeka pełna rozkładających się ludzkich szczątek i zanieczyszczeń zrzucanych przez dziesiątki fabryk nie zatruwa ludzi, którzy piją z niej wodę w Varanasi. Chciałbym poznać tego naukowca…
Jacy są Twoi ulubieni pisarze?
Z reportażystów wymienię Tiziano Terzaniego, Ryszarda Kapuścińskiego (kontrowersje wokół jego życia mnie nie interesują), Gordona Thomasa i Mariusza Szczygła. Z fikcji: Paula Austera, Franza Kafkę, Tadeusza Konwickiego, Janusza Głowackiego i H.P. Lovecrafta. Z literatury na pełnym luzie: Andrzeja Sapkowskiego, Raymonda Chandlera i Toma Clancy’ego.